Ostatnie wpisy
Zakładki:
Coś innego
Czytuję
Foto
Moda
Na papierze
Na własny użytek
Polecam
Rzutem oka
Smacznie
Zapraszam
|
piątek, 11 grudnia 2009
Pożegnanie KoKo
Kilka dni temu stworzyłam tu piękną notkę pożegnalną. Klikając na „PUBLIKUJ” wszystko wyleciało w powietrze. Komputer się zaciął. Pomyślałam – pewnie miałam jej nie publikować - i odpuściłam. Z drugiej strony byłoby niegrzecznie nie pożegnać się z Wami; nie powiedzieć „do widzenia!” mojej KoKo. Rozstaję się z nią i z Wami - drodzy blogowi Przyjaciele. Przed nieprzyjaciółmi też chylę czoło, bo dużo mnie nauczyli. KoKo była na pocieszenie, na pozbieranie. Zaczęłam ją pisać z powodu mężczyzny, który nie jest już moim życiem i światem; stoi gdzieś obok, z dala od moich myśli i uczuć. KoKo dojrzała. Z niewiedzącej czego chce dziewczyny przerodziła się w mocno i pewnie stąpającą kobietę. Myślę, że ten blog też się do tego przyczynił, bo dobrze było mi z Wami. Ale to już nie jest mój świat. Życie KoKo zatoczyło krąg. Wyszła z niego nowa kobieta, która z czasem zechce zaprosić nowych przyjaciół, do swojego nowego świata. Tymczasem dziękuję za Waszą wirtualną obecność. Do zobaczenia na nowych stronach!!! KoKo
środa, 29 lipca 2009
Łazienka
Kosztowała mnie - obok kuchennych mebli - najwięcej pracy. Ale teraz jest niemalże luksusowa :) Przed remontem wyglądała tak:
Co tu dużo mówić - kuchenne szafki w dobrej wierze oklejone okleiną bardzo niedokładnie. Brak umywalki. Pralka zagracająca przestrzeń z odpływem do wanny i co za tym idzie - wanna - piękna, ale tak zniszczona, że początkowo myłam sie w niej wchodząc w klapkach i polewając wodą. Oczywiście przy urządzaniu wykorzystałam odziedziczone w spadku małżeńskim meble. Nowa funkcja niektórych zaskoczyła nawet mnie:) Mdły kolor musiałam koniecznie ożywić i chyba trochę przesadziłam, ale potrzebowałam takiego szaleństwa. A teraz nie zwracam już na to uwagi. No więc na ściany poszedł pomarańcz. Za pralkę podziekowałam, bo miałam swoją. Postawiłam sprawę jasno jeśli chodzi o umywalkę (zakupiłam śliczny najtańszy model z szafeczką) i wannę (wezwałam ekipę od nowej nawierzchni - efekt: wanna jak nowa!). Niestety zaczęłam od malowania, bo z podłączeniem pralki i umywalki miało nie być problemu. Jak się później okazało - łazienka wodziła mnie za nos prawie miesiąc. I malowanie powtarzałam 3 razy. Prace wyglądały tak:
Najpierw było małe kucie, by dostać się do rur. Wszystko przebigło pomyślnie, ale podczas wiercenia zaczepów do rury kanalizacyjnej mój brat przewiercił rury od ogrzewania centralnego, bo nic nie wskazywało, że mogą być w tym miejscu. Więc trzeba było rozkuć całkiem sporo ściany, co później lepiłam z pomoca kolegi, a że zabrakło zaprawy - na drugi dzień dolepiałam sama i szpachlowałam, i gładzią gipsową dopieszczałam, a później znowu malowałam...
Kolejny problem to odpływ wanny - musieliśmy zdjąć stare kolanko, by na jego miejsce założyć trójnik, celem podłączenia umywalki i - ze wstępnych planów - pralki. Cały urok mieszkania to - jak wspomniałam drewniane stropy i piony nie wymieniane od lat '30. Tak więc odpływ wanny zaczyna się u mnie, kolankiem zagląda do sąsiada z dołu i dopiero łączy się z pionem - jednym słowem ruszyć odpływu nie ma szans, bo stropy pójdą, a z drugiej strony trwałość niektórych materiałów budziła duże wątpliwości. Przy zaciskaniu klucza na kolanku zewnętrznym owo pękło. Tak po prostu rdza je zjadła. Udało się je jednak odkręcić od żeliwnego - na szczęście - odpływu wystającego z podłogi.
Po zamontowaniu wszystkiego okazało się że odpływ jest niedrożny. Woda stała w wannie do czasu znalezienia różnych ujść. Trwało rochę nim tata Ulitował się nade mną i przyjechał to przepchać. Oczywiście nastraszył mnie konsekwencjami użycia sprężyny mechanicznej, a później zmusił do pomocy - musiałam trzymać tę wiertarę od sprężyny podczas gdy tata upychał w odpływie wąż. A ja tylko modliłam się, w drzwi z krzykiem nie zaczął walić sąsiad, że się do nigo przebiliśmy. Udało się - takiego ciągu jeszcze nie widziałam. Była też zabawa z pralką. Ostatecznie wylądowała w kuchni, gdzie - z powodu zapchanych pionów - nie można było podłączyć odpływu. Przewierciliśmy się do łazienki, ale nie wchodziło w grę spuszczanie wody do wanny, bo straciłaby gwarancję. No i higienicznie to bardzo niewskazane, zwłaszcza przy dziecku. Wpieliśmy się więc w pion - jak cudownie, że mam pomysłowego i odważnego tatę!!! :) Wszystko wiązało się niestety z kilkakrotnym wystawianiem wanny, a później montowaniem jej, silikonowaniem, uszczelnianiem przecieków... Co najczęściej padało na mnie. Ale dzięki kolejnym doświadczeniom budowlanym jestem już niemalże ekspertem - służę radą i pomocą, mogę gipsować, malować, silikonować, przepychać odpływy, wiercić i co tylko chcecie! A oto efekt prac łazienkowych:
Pokój mamy, pokój Stasia
Tak wyglądał pokój, w którym obecnie zapuszczam korzenie, podczas moich pierwszych oględzin mieszkania. Poniżej - po małym przemeblowaniu :)
A oto część biurowa przed robotą. Owszem - było przestronnie z tym posmakiem kamienicy, ale gdzieś przecież musiałam upchać swoje biurko, część dokumentów, telewizor i zalegające meble właściciela. W związku z przejęciem z poprzedniego mieszkania systemu IKEA musiałam to wykorzystać. Niestety stropy mam drewniane i dostałam zakaz dotykania sufitów, bo się posypią. Wymyśliłam antresolę - nie dużą, ale pojemną - zmieściła wszystkie szpargały właściciela (zostawił kilka kartonów książek) i sporo moich pudełak z różnymi drobiazgami. W pracach nad konstrukcją pomagał mój brat i tata - hydraulicy, ale widać budowlanie spisali się również. Po kimś to w końcu przejęłam :)
A oto efekt:
Jako przerywnik - stan prac nad podłogą. Czyli czyszczenie, akrylowanie (bo przez te dziury to myszy śmiało mogły biegać) i malowanie (efekt końcowy na innych zdjęciach).
Pokój Stasia Po maminych urządzeniach wyszło tak:
Sok ze świerzych pomarańczy
Po burzy nocnych rozmów sen okazał się wyjątkowo mocny. Rano obudziła mnie śmieciara. Lubię te odgłosy - wiem, to nie ptaki (chociaż je również gdzieś słychać, zwłaszcza gołębie), ale to życie. Świadomość, że są gdzieś ludzie, że również wstają, że również pracują i nie krzyczą z rozpaczy - dodaje mi otuchy i wyciąga na twarz zaspany jeszcze uśmiech. Długi prysznic i szklanka soku ze świerzych cytrusów zamiast kawy. I znowu przed komputerem obłożona książkami, gazetami... Lubię ten stan, jak kiedyś ktoś powiedział:)
wtorek, 28 lipca 2009
To nie są czasy na sentymenty
Czasami nie wiem co myśleć… Kilka dni temu odpisywałam koledze – czasami lepiej sie otworzyć przed obcymi niż bliskimi, mniej boli… Dzisiaj doświadczam tego po raz kolejny. Ktoś bliski zatrzasnął mi drzwi przed nosem – kilkakrotnie w jednym czasie. Ktoś bliski – już tylko z pozoru sentymentalnego. Bez słowa, bez „do widzenia” czy innego żegnaj. Po co? No właśnie. Chyba takie czasy mamy, że grzeczność już nas nie obowiązuje i przyzwoitość żadna chyba też nie. Bo po co? Jak but ociera najprościej go wyrzucić. Nie ważny sentyment, nie ważna cena jaką się poniosło, nawet te lata, kiedy leżał na półce czekając na lepszy moment. To wszystko jest nie ważne. Szkoda czasu na szewca, wkładki, czy kremy zmiękczające. W sklepach taki wybór. Wymienimy – na lepszy model. Może tańszy, gorszy jakościowo, może na jeden sezon – jakie to ma znaczenie. To nie czasy na przywiązania i ciążące sentymenty. A ja dziękuję za tę przeszłość skrytą w szczery uśmiech na wspomnienie. Nawet za lata bólu i ułudy. I za ostatnie spotkanie dziękuję, mimo iż zbiera swoje ofiary. Fajnie wiedzieć, że jesteście szczęśliwi, że tak pięknie razem wyglądacie, że stworzyliście rodzinę, która – mam głęboką nadzieję – przetrwa powierzchowność i tymczasowość. Dziękuję Wam – Duchy mojej przeszłości…
sobota, 25 lipca 2009
Kibelek I korytarz
Tak jak niektórym obiecałam - wklejam zdjęcia z osiągnięciami remontowymi :) Niestety nie każde pomieszczenie obfotografowałam przed przystąpieniem do prac, ale postaram sie wszystko opisać. Kibelek był bladoróżowy, bez pułeczek i ciepła. Ot tak po prostu - kibel i cztery ściany. Teraz wyglada to tak:
KORYTARZ
Pierwsze zdjęcie jest z przed remontu, dwa kolejne - po. Porządek z podłogą, listwami, pomalowany wieszak (przy lustrze, kt. nie widać), zdemontowany wieszak z szafką - teraz wiszą tam płaszcze na nowym urządzeniu. Szafeczka została pomalowana (zdjęcie niżej) zaś towarzysząca jej drabinka rozmontowana i przerobiona na półki w łazience.
Zdjęcie krzesła jest tylko w wersji aktualnej - było to stare, drewniane krzesło, które właściciel zalecił wyrzucić. Pomalowałam na biało i obkleiłam makami. Służy mi za "fotel" prezesowski przy moim biurku :)
Remonty
Jak juz wpominałam - w maju mieliśmy przeprowadzkę. Pożegnaliśmy Pruszków, który chyba nigdy tak naprawdę nie był nasz i powróciliśmy na Pragę. Mieszkałam tu w czasie studiów, niedaleko obecnej lokalizacji. Nie wspominam źle tamtego okresu, chociaż był bardzo burzliwy i pełen życiowych zmian, nowych, odważnych decyzji. Zupełnie jak teraz... I przeprowadzka - 16 maj - pamiętna i szczęśliwa data w moim życiu. Wtedy też wszystko zaczęło się 16 maja... Sentymenty.... Ale nie o tym miało być. Przez prawie 2 miesiące znowu pogrążyłam się w remontach. Bo mieszkanie urokliwe - kamienica z 1930 roku, ale pełne niespodzianek i w standardzie - odpowiednim do niskiej ceny. Malowanie łazienek, mebli kuchennych, wymiana wykładziny, przyklejanie i malownie listew przyposłogowych, odnawianie nawierzchni wanny, wstawianie umywalki do łazienki, przenoszenie pralki do kuchni, sporo wiercenia, kłucia, przepychania rór, uszczelniania przecieków. Po dwóch miesiącach nareszcie czuć tu dom... I w tym miejscu pragnę podziękować wszystkim kolegom i przyjacielom, którzy mimo własnych obowiązków wsparli mnie w tym niełatwym przedsięwzięciu. Dziękuję za pomoc w przeprowadzce i remontach, za wiercenia i skręcanie mebli, za niezliczone zakupy i pizze, za wiarę i słowa otuchy. Bez Was nie dałabym rady...
niedziela, 12 lipca 2009
Małe robótki - ptaki
Te ptaki to okładka na książkę - prezent dla Przyjaciela. Chyba się podobało :)
niedziela, 03 maja 2009
Sennik...
Nie wierzę we wróżby ani magię. A jednak kiedyś odwiedziłam panią wizjonerkę. Robiłam z nią wywiad do warszawskiego tygodnika. Na zakończenie zaproponowała kilka słów o mojej przyszłości. Zgodziłam się z czystej ciekawości, nie bardzo przywiązując uwagę do tego co powiedziała. Rzuciła też kilka przepowiedni na temat mojej rodziny. Żadna się nie spełniła, chociaż doszukiwałam się podświadomie jej przesłania w codziennosci. Ostatnio znowu miewam złe sny. Wiele pamiętam i chodzę trochę ogłuszona ich realnością. Wczoraj zajrzałam do sennika - niepewnie oczekując tego, co najgorsze. Bo pająki jak pięść na pajęczynie z licznym potomstwem prześladowały mnie cały dzień. Wyczytałam, że to "pomyślny znak symbolizujący szczęście i dobrobyt, oznacza też, że niedługo zaspokoimy nasze ambicje, jeśli pająk siedzi na pajęczynie to otrzymamy niespodziewane wsparcie w ich realizacji". I o dziwo uspokoiłam się. W mojej sytuacji to bardzo dobra wiadomość. Dzisiaj też zajrzałam w Internet w poszukiwaniu ukojenia. Babcia zawsze mówiła, że śniące się dziecko oznacza chorobę albo nieszczęście. W senniku napisali: "Szukanie wyjścia z sytuacji konfliktowej; chcesz rozpocząć od nowa, skierować na nowy szlak swoje życie, także wewnętrzne. Dziecko podobnie jak młodość, może symbolizować szansę i możliwość dalszego rozwoju. Często ujawniają się w tym symbolu konflikty spowodowane przeważnie niedojrzałością. Poza tym sen o dziecku może być też aluzją do własnych dzieci lub wyrażać pragnienie ich posiadania. Umierające: niespodziewany sukces". Idąc za ciosem wróciłam myślami do przepowiedni sprzed lat. I z niedowierzaniem przełożyłam słowa na rzeczywistość. Tylko czy warto wierzyć w sny i przepowiednie? I trzymać się niektórych jak jedynej nadziei?... | ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||